Popularne posty

piątek, 27 stycznia 2012

Opowieść o pewnym wczasowym kocie.

Jakoś tak się zdarzyło, że wczoraj robiąc małe porządki w szafie, przez przypadek natrafiłam na swoje stare wypracowanie z polskiego, pochodzące jeszcze z zamierzchłych czasów szkolnych. Praca zadana była na jednej z pierwszych lekcji we wrześniu, stąd też temat- moje wspomnienia z wakacji. Nie zastanawiając się zbyt długo, opisałam pewne zdarzenie, które miało miejsce podczas mojego pobytu z rodzicami na wczasach. Jak nietrudno się domyślić, jest to historia z kotem w roli głównej :).  A więc...


8. sierpnia w niedzielę rozpoczął się pierwszy dzień mojego pobytu z rodzicami w Grzybowie. Jest to nadmorskie miasteczko położone w pobliżu Kołobrzegu. Zamieszkaliśmy w jednym z domków ośrodka wczasowego. Na miejsce przybyliśmy dzień wcześniej późnym popołudniem. Nazajutrz rano obudziliśmy się tuż przed dziewiątą. Jako pierwsza wstała mama. Jakież było jej zdziwienie, gdy pod stołem w pokoju na dole ujrzała biało- rudego kota. Niespodziewany gość na jej widok szybko czmychnął po schodach na górę. Tam skrył się za najbliższym fotelem. Obie z mamą pobiegłyśmy za nim. Ostrożnie podeszłam do skulonego kota i pogłaskałam po lśniącym futerku. Miał na szyi czerwoną obrożę z dzwoneczkiem.
Była jednak ona tak ciasna, że postanowiłyśmy ją zdjąć, co też jej właściciel najwyraźniej przyjął z ulgą i wdzięcznością. Futerkowy przybysz chwilę jeszcze przesiedział za fotelem, po czym wyszedł z kryjówki i zaczął ocierać się o meble i futrynę. Zauważyłyśmy, że jest bardzo gruby. Mama stwierdziła, że to może być ciężarna kotka. Później jednak okazało się, że to kocurek. Przez cały czas wyglądał na bardzo przestraszonego. Starałam się go choć trochę uspokoić. Potem wszyscy poszliśmy na plażę, a nasz czworonożny gość został w domu, gdyż za nic nie chciał opuścić miękkiej kanapy. Tego dnia była piękna, słoneczna pogoda. Na plaży znajdowało się więc sporo ludzi. Niestety woda była tak lodowata, że nie dało się do niej wejść. Po pewnym czasie zdecydowałam, że wrócę na chwilę do domu. Od ośrodka wczasowego nad morze i z powrotem szło się nieco ponad 10 minut. Chciałam przy okazji sprawdzić, co się dzieje z kotem. Gdy już weszłam do środka, Sierściuch (tak go później ochrzciliśmy) dokonywał właśnie oględzin nowego miejsca pobytu. Zszedł na dół i ucierał się o różne przedmioty. Kiedy próbowałam go wypuścić na dwór, na wypadek gdyby pod naszą nieobecność zechciał załatwić swoje potrzeby fizjologiczne, szybko czmychnął na górę i schował się za kanapą. Wróciłam więc do rodziców. Po naszym powrocie późnym popołudniem, znowu próbowaliśmy wybawić go na dwór. Bez skutku. Sierściuch najwyraźniej czegoś się bał. Później, kiedy łaskawie już wyszedł zza kanapy, pozwolił się pogłaskać. Jego futro było zadbane, miękkie i lśniące jak jedwab. Czas mijał, a kotek nie chciał opuścić małego pokoiku na górze. W końcu wieczorem mama wzięła go na ręce i wyniosła na dwór. Sierściuch natychmiast ukrył się pod naszym samochodem. Akurat tata zamierzał go przestawić. Szczęk otwieranego zamka drzwi samochodowych tak przestraszył kota, że czym prędzej uciekł do pobliskiego lasu. Bardzo mnie to zmartwiło, gdyż pomyślałam sobie, że moglibyśmy go zatrzymać. Przez cały wieczór niepokoiłam się o Sierściuszka i zastanawiałam się, czy do nas jeszcze wróci. Ku mojej wielkiej radości przez kolejne dni rudy kot regularnie nas odwiedzał. Przychodził codziennie nad ranem,  aby móc spokojnie po całonocnych łowach wyspać się w pokoju na górze . Wtulony w świeżą pościel na fotelu pozwalał się do woli głaskać i tulić. Późnym popołudniem zaś Sierściuch zwykle opuszczał swoje legowisko i ruszał w teren, udając przy tym, że nas nie zna. Nie reagował nawet na zwykłe kici, kici.



Pewnego dnia wydarzyła się zabawna historia. Wczesnym wieczorem kocur niczym rudy pocisk wpadł przez otwarte drzwi tarasu do domu, następnie z prędkością błyskawicy pomaszerował do łazienki, rozglądając się w niej za czymś dookoła, po czym jeszcze szybciej wybiegł z powrotem na zewnątrz. Najprawdopodobniej Sierściuch, będąc w nagłej potrzebie, szukał kuwety w łazience, a gdy jej nie znalazł, postanowił załatwić się na dworze. Uznał zapewne, że w  każdym "szanującym się domu" bez wyjątku powinna znajdować się kocia kuweta, na wypadek gdyby jakiś zabłąkany kot zechciał z niej skorzystać :D. 




Jak się później okazało, Sierściuch należał do ludzi mieszkających w sąsiednim domku i naprawdę miał na imię Rudek. Gdy jego właściciele dowiedzieli się od mojej mamy, gdzie ich kot niemal codziennie przebywa, zabrali go i przestali wypuszczać (czyżby byli zazdrośni?). Było mi z tego powodu bardzo smutno. Po powrocie z wakacji często myślałam o biało-rudym kocie. Zastanawiałam się czy jego właściciele dobrze się nim opiekują i czy Rudek też za nami tęskni. Na pocieszenie została nam tylko jego obroża i kupiona w Kołobrzegu maskota, biało-rudy kociak przypominający nieco Śierściuszka.   
Ps: Pozdrowienia dla Mieszka...


Powyższa historia miała miejsce jeszcze przed przybyciem Smerfetki do naszego domu. Można powiedzieć, że Rudek był naszym pierwszym "wczasowym" kotem. Jakieś dwa miesiące później wzięliśmy kilkumiesięczne, białe kociątko, które nazwaliśmy Smerfetka :). Myślę, że Rudek odegrał tutaj niebagatelną rolę i to z dwóch powodów. Po pierwsze: ostatecznie przekonał moich rodziców , aby sprawili córce upragnionego od lat kota. Po drugie:  pośrednio przyczynił się także do tego, że akurat "ta" właśnie Smerfetka (a nie jakaś inna kotka) mieszka dzisiaj w naszym domu.                   


@mrruuuuu...

1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...